W nocy nie bylo nawet zbyt zimno. Udaje sie ropalic ognisko i Krzys gotuje dla nas wode, a Kasia szykuje chlebek z serkiem. Ok 8 rano spotykamy pierwszego zywego pasterza, jednak nie wykazuje on zainteresowania nami i przechodzi obojetnie. Po okolo godzinie podjezdza drugi, wita sie i odjezdza w gory. Zwijamy oboz i w calkiem radosnych nastrojach opuszczamy Ardoti z nadzieja, ze w Szatili bedzie sklep i czeka nas mily odpoczynek. Pogoda caly czas dopisuje i po ok 3 godzinach jestesmy w Muso (kolejna wioska) gdzie legitymuja nas zolnierze gruzinscy. Po drodze zatrzymuje sie Gruzin, ktory za jedyne 200GEL chce nas odwiezc do Tbilisi - oczywiscie grzecznie dziekujemy mimo, ze plecaki waza chyba dwa razy tyle co wczoraj i przeszlismy juz okolo 40km od przeleczy. Droga dluzy sie niemilosiernie, ale widoki rekompensuja niewygody i po ok 6 godzinach wreszcie docieramy do zbiegu rzek skad do Szatili juz tylko 3 km. Ogladamy grobowce pelne ludzkich kosci i pedzimy dalej. Szatili robi naprawde spore wrazenie gdyz jest bardzo dobrze zachowane i ladnie widac cale miasteczko na skarpie. Faktycznie wyglada jak mala twierdza. Zadni jedzenia wpadamy do wsi, ale oczywiscie sklepu nie ma :( Dramat. Benzyny tez nie chce nam nikt sprzedac... Krzys obraza sie na cala wies, ale Kasia sugeruje aby wstapic do ostatniego domu jaki widzimy i cale szczescie. Okazuje sie, ze mila pani ma tanie noclegi (15GEL/os, 30 z zarciem). Oczywiscie wybieramy druga opcje i nie zalujemy, gdyz pani gotuje naprawde wybornie! Dosownie pochlaniamy wszystko co podaje :) a pozniej ogladamy gruzinski serial "Aurora". Domek jest zrobiony praktycznie europejsko i bardzo milo spedza nam sie tu wieczor podjadajac winogrona :)